Dzień Dziecka

0

Autor: Królowa Nocy | Opublikowano dnia 01-06-2011
Tagi: , , , , , , , , ,

Najpierw w weekend poszliśmy se na piknik z okazji dzisiejszego dnia – było sympatycznie, bo oprócz dmuchanej zjeżdżalni, drabinek sznurowych, wielkiej kuli, w której można chodzić i tak dalej było też miasteczko Star Wars, więc ja również miałam się czym jarać. Bolesne były tylko kolejki do wszystkiego, w rekordowej staliśmy na zmianę w 3 osoby dorosłe dwie godziny. Ale warto było, coś, co tam dawali było niesamowite, dawali bowiem możliwość podniesienia kulki… za pomocą Mocy. I działało :>
Zatem w niedzielę dzieci się wybawiły, a dzisiaj zabrałam samego Tomka do kina. Przyszłam z pracy do niego do szkoły i go zgarnęłam do Złotych Tarasów na Kung Fu Pandę. Bardzo się cieszyłam z pomysłu takiego wyjścia z synem w Dzień Dziecka, do momentu, kiedy weszliśmy do kina i ja sobie nagle uświadomiłam, że skoro to właśnie dzisiaj… to ja z moim pomysłem nie będę jedyna… i że czekają mnie dwie godziny w wielkiej sali wypełnionej DZIEĆMI*. I najpierw odstaliśmy w kolejce pełnej takich łepków jak mój Młody po colę w barku, a potem siedliśmy w sali i weszła jedna wycieczka szkolna… druga, trzecia… przy czwartej opanowywałam w sobie natychmiastową chęć ucieczki. Na szczęście to była ostatnia, a po paru minutach kłótni o to gdzie kto siedzi, czyj to popcorn i tak dalej usadowili się i siedzieli cicho. Tuż koło nas co prawda siedział jakiś bardzo głośny i przemądrzały młody człowiek z babcią, ale też ucichł, jak po pół godzinie reklam i zwiastunów zaczął się właściwy film. Nawet mi się udało przysnąć. (Nie, film sympatyczny, nie nudziłam się jakoś strasznie, ale jednak znużenie po pracy dało o sobie znać, a tam było tak wygodnie, cicho, ciemno, przytulnie…). Wyszliśmy z kina, poszliśmy do McDonalda (jak Dzień Dziecka, to dzień dziecka) i tam mój syn zadziwił panią w kasie wbrew jej retorycznemu pytaniu: „frytki i cola do tego HappyMeala?” zażyczył sobie zestaw z pomidorkami i wodą mineralną. Niegazowaną. Nawet moich frytek nie chciał, grzecznie podziękował, pochłonięty studiowaniem instrukcji obsługi zabawki. Także było to bardzo sympatyczne wyjście, a potem w domu zostałam chlaśnięta po oczach i poczuciu estetyki prezentem Mai z przedszkola. Dostała bowiem takie coś, co nazywa się Tennis Trainer, składa się z walizki wypełnionej Różnymi Dziwnymi Kawałkami, które składa się w konstrukcję umożliwiającą granie w coś pomiędzy tenisem a squashem. I zdecydowanie jest bardziej zabawką plenerową, a nie do mieszkania, zwłaszcza małego. I jest wściekle różowe i przyozdobione wizerunkiem Barbie. Aaaaa. Podejrzewam, że skończy się tak, jak z zabawką z zeszłego roku (wściekle różowy zestaw Barbie z rowerem, niemowlakiem i szczeniaczkiem) – Maja się tym poekscytuje parę godzin, po czym zabawka pójdzie w kąt. Jak i wszystkie lalki i inne słitaśne, dziewczęce zabawki. No ale, dziś się cieszyła, a to najważniejsze.
Ja prezentu niby nie dostałam, ale przypadkiem wygrałam kubek w konkursie na facebooku, będzie jak znalazł do pracy :P

* Tak, jestem matką i nie lubię dzieci. Swoje kocham i lubię, poszczególne znajome jednostki też lubię, en masse nie znoszę, godzina występów (przed)szkolnych to dla mnie tortura, bo muszę spędzić ten czas w licznym towarzystwie małych potworów. Brr.


Napisz swoją opinię